O biegu na pocztę słów kilka.
Sytuacja ta przytrafiła mi się na początku sierpnia, ale jakoś nie było czasu aby ją dokładnie opisać.
wszystko zaczęło się od zamówienia kilkunastu Polskich kaset na Allegro. Cena była bardzo okazyjna, więc z niej skorzystałem. Wszak nie często trafiają się Chromowe Wiskordy, tymbardziej za 5PLN.
Wszystko do pewnego momentu szło z powodzeniem.
Po wpłacie na konto kilka dni ciszy, ani informacji z Poczty Polskiej, ani też listonosza.
Znaczy, listonosz był, dzwonił nawet domofonem, lecz nie zdążyłem odebrać gdy dostał się już na klatkę. Zostawiał chyba coś u innych lokatorów.
Po kilku dniach tak się złożyło, że następnego miałem gdzieś wyjechać, więc postanowiłem zorientować się co z moją przesyłką.
Zadzwoniłem w tej sprawie do sprzedającego. Sprawdził on jej status i poinformował mnie o zostawionym kilka dni wcześniej Awizo w skrzynce.
Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ kilkanaście minut po wyjściu listonosza sprawdzaliśmy skrzynkę i nic tam nie było.
Dowiedziałem się o awizo koło 18, czyli nie całą godzinę przed zamknięciem poczty.
Pobiegłem i odebrałem, poczym zmęczony, ale szczęśliwy, że zdążyłem rozpakowałem i sprawdziłem jej zawartość.
Gdybym spotkał listonosza to powiedział bym mu co myślę o takich sytuacjach, ale był w zastępstwie, i już więcej się nie pojawił.
I za co my płacimy?
5 typów ludzi, którzy mnie irytują
Wiem, że znów pewnie lekko kontrowersyjnie i niektórzy będą chcieli doszukiwać się we wpisach siebie, ale musiałem popełnić niniejszy post, bo pomysł miałem już nań od dość dawna.
Bez zbędnego gadania przechodzę do listy:
1. On, to i ja:
Na pierwszym miejscu mógłbym umieścić conajmniej dwa typy ludzi, no ale tak nie można, więc trzeba się zdecydować na 1.
Ludzie tak zapatrzeni w inną osobę, że zrobią tak, jak ona bez względu na logikę.
„Ona stwierdza, że nie będzie pić przez 100 lat, to ja też, może umrę, ale nie ważne, bo ona tak robi, to i ja muszę.”
Objaw często widoczny u osób, które mają kogoś inteligentnego, zamożnego w swoim otoczeniu przez co wzorują się na nim i tańczą jak im zostanie zagrane.
2. Domyśl się, ale pomóż!
Postawa z którą spotkałem się już nie po raz pierwszy.
Generalnie staram się być człowiekiem pomocnym, bezinteresownym, bo po prostu daje mi to radość, ale w pewnych przypadkach się nie da.
Pisze do nas np ktoś, kogo w ogóle znamy tylko z nicka, z kim nigdy nie wymienialiśmy raczej wiadomości.
„Hej, pomóż mi, bo mi program nie działa.”
No, i jak tu się nie zdenerwować. 0 szczegułów, 0 logów, opisu sytuacji, nic, tylko bo mi nie działa.
Czy ja jestem informatyk połączony z wróżbitą Maciejem?
Skąd mam wywnioskować, co jest nie tak, jeśli nie otrzymam żadnej pełnej informacji? Tacy ludzie powodują u mnie chęć wylogowania się z tego wszystkiego i roztrzaskania klawiatury o najbliższą latarnię.
3. Wszyscy, to i ja:
Ludzie biegnący za stadem nie mający nigdy własnego zdania, chcąc przypodobać się danej jednostce lub też całej grupie bez względu na okoliczności (Łączy się z punktem 1).
Nawet tutaj wśród naszej małej społeczności było to niestety swego czasu widoczne.
4. On jest zły! Nienawidzę go, to i wy też nienawidźcie!
Typ ludzi, którzy gdy mają z kimś na pieńku, muszą albo obwieścić to całemu światu, albo zniechęcać do danej osoby innych tudzierz doszukiwać się jego błędów i wszędzie promować akcję pt jaki on jest niedobry czego by nie zrobił tylko dla tego, że się za sobą nie przepada.
W swoim życiu widziałem już chyba z 10 takich przypadków.
5. Nie robisz gdy chcę/czego chcę, to jesteś nic nie warty.
Ostatni typ ludzi, który również mnie wpienia. Znam takie przypadki też z najbliższego otoczenia. (Rapsy na blogu xD.)
Jeśli powiemy, że coś kiedyś zrobimy, nieokreślając dokładnego dnia kiedy to się stanie często po chwili mamy już grono tych, którzy rzucają się na nas z pazurami, bo kiedy to będzie, bo jak zwykle cisza, bo nie ma etc etc.
Innym podtypem tej kategorii są osoby, które zawsze są wredne, utrudniają wszystko co się tylko da i lubią denerwować, a gdy czegoś potrzebują są bardzo miłe, ale gdy nie dostaną tego co chcą zrobią Ci awanturę wkręcając w to jeszcze osoby postronne bo jaki to on zły bo nie dał mi tego czy tego.
Tym optymistycznym akcentem kończę ten wpis i idę pić cherbatę.
Cierpienia młodego… Rapera, czyli co się zmieniło? GW VS Reaper
Ostatnio więcej tutaj znów wpisów z mojego lajwa i takich bardziej prywatnych, no ale czemu by niby do takiej konwencji nie wrócić? Wszak spamowanie na blogu kotami z Reapera czy innymi dziwnymi projektami to nie jest dość fajny pomysł, bo już chyba paru czytelników się do tego miejsca zniechęcić zdążyło.
Widzę to chodźby po ilości komentarzy.
Jak wiadomo, czasami nagrywam sobie jakieś tam beznadziejne tracki i od niepamiętnych czasów używałem Gold wave do ich montarzu. W zasadzie do montarzu wszystkiego.
Odkąd pamiętam też, ludzie wciąż chcieli abym przesiadł się na Reapera, bo niby w GW to nie montowanie i przy każdej okazji chciano mnie do tego przekonać.
Mijały tak sobie lata, a ja jestem konserwatystą czy innym konserwantem konserwatorem nadajnika, i swoich poglądów zazwyczaj nie zmieniam.
Sam jednak ostatnio stwierdziłem, że skoro mam ja już tego Reapera do robienia fatalnej jakości przeróbek piosenek na kotach i dingów z Windowsów (masakra), to czemu i by nie spróbować nauczyć się czegoś nowego? Tymbardziej, że jest darmowa legalna licencja do lipca.
Punktem kulminacyjnym była polecona mi chyba przez Żywka (THX) wtyczka 10EQ (Equalizer), która posiada kilkanaście parametrów i możliwość dokonywania w niej własnych ustawień, co bardzo przypadło mi w sumie do gustu, i tak oto postanowiłem coś w tej sprawie ruszyć, no, wcześniej nie było zbytnio motywacji.
Motywacja przyszła chociażby z tego względu, że ma ona jeden elegancki preset do rozjaśniania wokali, co w przypadku mojego mikrofonu brzmi całkiem spoko.
Gdy go kupowałem, myślałem że będzie brzmieć tak jak na jednym filmie rapera, który go testował, no i się nieco pomyliłem, lecz teraz już wiem, że podbił go chyba właśnie tą wtyczką ;).
Nauczenia mnie podstawowych czynności w Reaperze podjęli się Nuno a później Violinist, za co Wam również dziękuję.
Wyglądało to mniej więcej tak, że zebraliśmy się na jednym kanale i po prostu zadawałem pytania, a oni mi odpowiadali, ponieważ nie lubię się uczyć rzeczy nie przydatnych i nawet w programowaniu wybieram te sprawy, które wydają mi się potrzebne, a jakieś nowości poznaję z czasem, gdy ich potrzebuję po prostu sięgając do manuali lub ewentualnie o nie dopytując.
Dowiedziałem się prawie wszystkiego co jest mi potrzebne do zmontowania utworu, bo jeszcze kilku rzeczy nie umiem.
Najlepszą funkcją są chyba foldery, dzięki którym nie muszę stosować efektów na każdym Untitled.
BTW myślałem przez lata, że nagrywanie muszę rozpocząć ustawiając się na danym bar naciskając od razu R, a ja sobie mogę elegancko podczas odtwarzania wcisnąć ten klawisz i nagrywam w momencie, w którym tego zechcę.
Już zmontowałem tak ze 2 tracki. Nie zmieniło to oczywiście całkowicie podejścia do Gold wave, którego nigdy chyba nie porzucę, bo pewne rzeczy mogę zrobić szybciej.
Jedyne, co w nim odpuszczę, to po prostu montarz wokali, bo Reaper robi to lepiej, a co najważniejsze można się nasłuchiwać w samym programie, co umożliwia odsłuchiwanie w czasie rzeczywistym podczas nagrywania jak brzmię z danym nałożonym efektem, nie to, co w przypadku nasłuchiwania się w samym Windowsie i próbach dostosowania efektu w GW po nagraniu, co często kończyło się re-recordingiem.
Dzięki RP zmniejszył się również czas nagrywania. Wszystko jest szybsze a ja mniej się wkurzam. Tylko to dosówanie wokali mnie wnerwia.
Podsumowując: Przeróbki, remixy, scenki: Goldwave.
Muzyka, koty i nagrywanie: Reaper.
Nagrywanie letsplayi: Nadal Audacity, bo ma loopback, a mi siew RP tego nie chce ustawiać, nie lubię się bawićw to Asio.
(Asio: nie znaczy, że kogoś wyganiam, tylko to nazwa sterownika dźwięku :D)
Korona mnie denerwuje
Takie tam na szybkiego:
Zaleca się, aby nie wychodzić z domu, nie spotykać się z ludźmi etc.
Jako człowiek rozumny ogarniam w pełni dlaczego i po co, ale z drugiej strony zaczynam łapać doła niczym kilka lat wstecz, ale tamte wpisy z bloga pokasowałem.
Nie można się nigdzie ruszyć (Dla bezpieczeństwa), nic zrobić. Pozostaje mi już wyłącznie magnetofon albo pecet.
Zazwyczaj coś kminię na laptopie, ale gdy mam tą świadomość, że chcąc coś zrobić np na zewnatrz, nie mogę raczej wyjść, mając świadomość że jestem w pewnym sensie uziemniony(Niczym gniazdko elektryczne :D) tracę chęć na cokolwiek i na pececie mi się nic robić nie chce.
Nie znoszę monotonii, a tutaj trzeba przetrwać :D.
Noż po prostu więzienie.exe niczym internat lata temu, mam to samo odczucie co tam. :/
Zupdatowałem WordPressa, czyli kilka słów o nowym edytorze oraz o tym, jak go zmienić.
Po kilku miesiącach zalogowałem się na moją stronę z radiowymi nagraniami.
Był tam wordpress 4.9.5. Już kiedyś próbowałem robić update do 4.9.6, lecz nie pykło. Do 5.0.1 się udało.
Od kilku miesięcy pisało się wiele o nowym WordPressowym edytorze, który będzie fajniejszy i przełomowy.
Niestety dla Nas, rzeczywistość nie maluje się tak kolorowo niczym obrazek. Po instalacji podjąłem próbę napisania posta, aby poinformować czytelników, że oto wracam i będę pisał więcej.
Tutaj zaczyna się wspinaczka pod górę.
Tytuł wpisałem, right, naciskam sobie Tab i pierwsza zmiana, widzę możliwość edycji linku, a nie od razu pole edycji jak w starym edytorze.
Fajna rzecz, tylko dla mnie łatwiej było poprzednio, bo nie edytuję raczej linków, gdyż ustawiłem sobie ich kreację na taką, jaka mi pasuje.
Ale, tutaj zaskoczenie V2, bo zamiast standardowego tytułu z powstawianymi minusami między słowami miast spacji, jakieś p153.
Finalnie po opublikowaniu link był normalny (Taki, jak sobie je ustawiłem dawno temu).
Nie przejąłem się tym (niczym bohaterowie słabych creepy past, dla których nie przejmowanie się kończy się zazwyczaj katastrofą) i nacisnąłem radośnie Tabulator.
Jest pole edycji!
Próbę pisania podejmuję, ale przeskakuje mi na jakieś bloki tekstów.
Aby dodać np link, należy nacisnąć slash. Nacisnąłem i podmenu ładne, ale cóż mi po nim gdy np będę chciał napisać
„File location’s eg. home/user”
może jednak to jakoś by działało? Nie wiem, nie chciałem tego sprawdzać.
Chciałem dopisać coś do początku postu, to gdy nacisnąłem ctrl+Home i enter, wróciło mi do pola z tytułem.
Ogólnie skacze to jakoś i pływa niezbyt dostępnie dla Nas.
Nawet jeśli jakoś dostępne, to nie wygodne.
Gdy po ciężkich przeprawach udało mi się napisać post, kliknąłem „Publish”.
Wyskoczył mi komunikat informujący, że wystąpił błąd. Po prostu, bez podania powodu, bez wyświetlenia co konkretnie się stało, po prostu błąd niczym piękne komunikaty w Windowsach.
Napisałem później wpis ponownie, po czym okazało się, że poprzedni jednak się opublikował i to tak, jak sobie tego życzyłem.
Co zrobić? Jak żyć? Zostać na wersji 4?
Można zostać, ale na pewno Wam tego nie polecę z uwagi na zagrożone bezpieczeństwo Waszych stron internetowych.
Pamiętacie przecież, co było z Klango na bardzo starym WordPressie 4 lub 2 pod koniec istnienia Klangoblogów?
Przecież WP nie zatrzyma się na wersji 5.0, wszak już jest 5.0.1.
Gdy będzie wersja 6, albo 7, siedzenie na 4 będzie samobójstwem dla własnej strony.
Tworząc Blind programs blog na hostingu PRV zainstalowałem WordPressa bezpośrednio z ich panelu. Jest tam chyba wersja 4.3.1, której nie zamierzają na razie uaktualniać, bo pisałem do nich miesiąc temu w tej sprawie. Gdybym nie włączył moderacji komentarzy, wszystkie wpisy zasypane byłyby spamem, a co to będzie za kilka lat?
Co więc zrobić?
Społeczność WordPressa nie śpi i jak zawsze przybiega Nam z pomocą.
Po aktualizacji do najnowszego WordPressa 5, wystarczy otworzyć menu wtyczek i wpisać w wyszukiwarkę Classic Editor, wybrać tą, stworzoną przez „WordPress Contributors”, zainstalować, aktywować i ponownie możemy cieszyć się starym, wygodnym i dostępnym edytorem znanym Nam z wersji 4.
Bez tytułu…
Siadam na łóżku wyrwany ze snu dźwiękiem dzwoniącego telefonu. Jeszcze w pół śnie szukam przycisku odbierz. Odrzucam wszystkie sprawy na bok, bo to jest w tym momencie dla mnie najważniejsze.
Jedyne co mogę, to po prostu być. Nie stać mnie na zbyt wiele, nie mogę dać nic po za tym. Tyle niektórym wystarcza, mi również tylko tyle potrzeba do szczęścia.
Żeby ktoś był. Żebym mógł czuć jego obecność, chociaż dzieliłyby Nas kilometry.
Gdy zostaje sam rzeczywistość zaczyna falować, przycichać i przycinać się niczym stacje radiowe w technologii DAB z oddalonego o wiele kilometrów nadajnika.
Chciałem Wam czytelnikom przekazać jedną mądrą rzecz, którą staram się przekazywać teraz każdemu.
Jeśli macie bliskie dla Was osoby, starajcie się spędzać z nimi maksymalną ilość czasu. Tyle, ile się da.
Nawet po prostu przy nich być, bo bywa różnie.
Nikt nie wie, ile ma czasu, bo to wszystko jest bardzo kruche. Trzeba więc wykorzystać go najlepiej, jak to tylko możliwe.
Dlatego gdy dzwoni do mnie bliska osoba, rzucam wszystkim innym, to dlatego czasem rozłączam drugą rozmowę i wyłączam wszystko inne. Chcę zbierać te wszystkie miłe chwile i w tedy nie chcę, by ktokolwiek z zewnątrz mi przeszkadzał.
Przyjaciele są najważniejsi, bo to dzięki nim możemy się trzymać. To oni dają nam oparcie gdy nie możemy go nigdzie znaleźć, możemy im zaufać. Nie nastawiajmy się jednak tylko na zyski, sami musimy być również dla nich.
TEN komputer, czyli domyślność Microsoftu.
Z cyklu nocne roskminy świata:
W Windowsie 8.1 oraz Windowsie 10, w tym drugim dopiero po zmianie pewnych ustawień, widzimy ikonkę „Ten komputer”.
Ciekawe czy jest jakiś tamten komputer, że go tak nazwali lub sam Komputer, jak w Win7 co było lepszą nazwą lub mój komputer, jak w Win XP.
Nazwa „Komputer” w 7 była chyba najsensowniejszą z tych trzech. Bo skoro w Win 8, 8.1 i 10 jest „TEN”, (Taaak, wiem, podkreślam to kolejny raz) „komputer”, to na jakiej podstawie Microsoft go tak nazwał?
Skoro jest Ten, to gdzie jest tamten?
Zróbcie z tym coś:
Drogi Microsofcie, mam dla Was propozycję:
Skoro nazwaliście ikonkę „Ten komputer”, do zestawu z Windowsem 8.1 lub Windowsem 10 powinniście dołączać drugi Pecet, w którym ikonka powinna nazywać sie „Tamten komputer”, lub wydać po trzy wersje każdego z systemów.
Ahhh, jak by to ładnie brzmiało.
„Windows 10 For Ten komputer”, „Windows 10 for Tamten komputer”, „Windows 10 for Ten and Tamten komputer lub Windows 10 for 2 computers”. :)
Czy to nie dobry chwyt marketingowy?
W dzisiejszych czasach marketing jest bardzo rozwinięty, prosty użytkownik często nie wie, że niektóre opinie w internecie są wykupione lub da się go bardzo łatwo podejść.
To co? Nowa kampania reklamowa?
Moja propozycja na spot reklamowy:
Dwóch ludzi spotyka się w domu. Przed nimi dwa tak samo wyglądające komputery, pierwszy pyta drugiego:
„Jak je rozróżniasz?”
„Nie mam z tym najmniejszego problemu!” Odpowiada drugi.
„Ja niestety mam, moje laptopy mi się mieszają i nigdy nie wiem, który ma słabiej działającą kartę sieciową.”
„Zrób jak ja”, odpowiada pierwszy. „Bądź mądrzejszy od innych i rozwiąż problem kupując nowe wersje systemu operacyjnego Windows.”
Na ekranie to co se wymyślicie a w tle głos lektora czytający niniejszy tekst:
„Od dziś możesz cieszyć się nową wersją naszego systemu operacyjnego.
System przeznaczony dla twoich dwóch komputerów. Zakup wersję dla Tego oraz Tamtego komputera, nie może mu być przecież samotnie smutno.
Nasza nowa wersja systemu, umożliwi Ci szybkie rozpoznanie, który jest tym, a który tamtym, gdy wrócisz do domu po imprezie i nie rozpoznasz go po wyglądzie, rozpoznasz go po nazwie ikony!
Prawda, że innowacyjne? To co, może się skusisz?
W planach mamy także wersję for Ten laptop, tamten laptop, jeszcze inny laptop, ten netbook, ta lodówka, ten trawnik oraz wiele więcej!”
OK, wróćmy może do przewodniego tematu:
W Windowsie XP owa ikona nazwana była „Mój komputer”. Wszystko OK, do czasu aż okaże się, że dany komputer nie jest nasz, bo znajduje sie on w czyimś domu, bibliotece, kawiarence internetowej, (w tamtym czasie jeszcze chyba były), pracowni informatycznej czy innym miejscu.
Chyba, że MS postanowił dać użytkownikom nie mającym własnego komputera tą radość, że chociaż przez chwile go mają, że to chwilowo ich własny komputer.
Co jednak, gdy zamiast komputera był to np. laptop? W tedy ikona powinna nazywać sie „Mój laptop”, chyba że znów polityka Microsoftu brzmiała.
„Ehhh, ma tylko laptopa, ale niech chociaż ma od Nas ten skrawek nadziei, że będzie posiadać komputer.” Lub
„Ehh, nie posiada komputera, ma tylko laptopa, ale niech odczuwa chociaż radość, że ikona mówi coś innego.”
Tekst ułożył bym lepiej, gdybym był wyspany, i byłby to dzień, a nie noc i kilka minut po godzinie czwartej.
Tak prosta, bezsensowna sprawa, a można o niej napisać wpis.
Kiedy zrodził sie zalążek na roskminę? Przy pisaniu wpisu o Windowsie 10 i wspomnieniu o ikonie „TEN”, bo nie „TAMTEN” komputer.
Dobranoc, teraz już chyba na prawdę idę spać.
Haotyczny wpis, jak cały ten blog.
Cześć.
Kolejny wpis z cyklu tych, opowiadających o moich planach przyszłościowych.
Te mam nadzieję tym razem się sprawdzą i dokonają.
Chciałem jechać do kilku osób we ferie, ale się nie powiedzie z różnych względów więc zostanę raczej w domu lecz nie do końca.
W pierwszym tygodniu planuję jechać do siostry na noc lub dwie. Następnie pewnie jechać gdzieś gdzie mnie jeszcze nie było, iść sobie do kina z rodziną, bo czemu by nie, skoro jest taka możliwość?
Chcę zrobić dziwną rzecz. Pewnego dnia jechać w pewne miejsce, gdzie nie ma zbyt wielu domów, sprzętów elektronicznych etc z radiem i Netbookiem. Po co? Priyom org, radio i latanie po częstotliwościach próbując odebrać co ciekawsze stacje.
Ciekawe, czy komuś będzie chciało się tak ze mną tam jechać i czekać aż w ciągu kilkunastu minut pobiegam sobie po częstotliwościach.
Chce do kogoś jechać, lecz w ferie nie będzie mi to dane. Może w marcu? Postaram się załatwić sobie sam transport, zadzwonić gdzieś, zorganizować etc i pojechać na 2, 3 dni. Jeśli sie uda, to odezwę się tutaj z danych miejsc.
Na początku z tego, które wybiorę do przeglądania częstotliwości.
Jeśli ktoś ma jakąś propozycję miejsca w wielkopolsce, które jest dobre na szukanie i nasłuchy, może podać, jak nie będzie zbyt daleko to tam się wybiorę. :D
Haotyczny krótki wpis jak fale krótkie, ale co tam, wyślę. Dobranoc.
Aaa, i wygrałem A heroes call. Nie wiem jak to możliwe, ale najwyraźniej cuda się czasem odbywają. :D
Plany na wakacje, bo robić coś trzeba.
Dzień dobry!
ha, ha, ha, bardzo śmieszne, zapewne znów autor tego bloga zamierza napisać coś pesymistycznego, typu nie mam planów na wakacje i ten dzieńjest fatalny bo… nic bardziej mylnego, dziś wyjątkowo, optymistyczny wpis :).
Dziś, co ostatnio mi się rzadko zdarza, jestem pozytywnie nastawiony do wszystkiego.
Postanowiłem i z wami podzielić się tym, co chcę robić w wakacje.
W 2015 98 procent swoich wakacji grałem w DNMB wraz z ludźmi z team talka.
W 2016 postanowiłem niepopełniać tego błędu ale mi się nie udało, może troche, bo swoją egzystencję w życiu codziennym ocenił bym na troche więcej ale siedzenie przed pc wypełniło mi około 87 procent czasu.
W tym roku jednak, wszystko się zmieni. Mój czas wakacyjnego przebywania przy laptopie wyniesie może z 40 procent egzystencji.
Jednak plany na wakacje, zaczynam od tych komputerowych.
Przede wszystkim, chcę nauczyć się chociażby podstaw php i c plus plusa, bo w życiu warto znać cokolwiek, w czym może być konieczność pisania.
Po drugie, zrobić porządki na moim dysku i ogólnie w systemie.
Z po za komputerowych, jest kilka innych, ciekawych rzeczy.
W tym roku, planuję pojechać w pewno miejsce samodzielnie pociągiem.
Z tego powodu, w wakacje postanowiłem odbyć kilkanaście testowych podróży. Umówiłem się z ojcem, że będzie mi pomagał.
Kilka pierwszych podróży będzie mi toważyszył pokazując mi wszystko, ale po pewnym czasie, będzie tylko toważyszył patrząc jak sobie radzę i gdy nie będę sobie dawał rady to mi pomoże.
Po drugie, kolację, to sobie zrobię ale inne rzeczy to już trochę gorzej, planuję więc nauczyć się robić sobie coś do jedzenia, może nie jakoś ekstremalnie tródnego ale jednak cokolwiek.
Planuję ogarnąć się wizualnie, bo zbyt dobrze, to się na obecną hwilę nie prezentuję :D.
Jedziemy z rodziną w góry, więc planuje iść z ojcem na jakąś górę, tak aby sprawdzić czy dam radę.
Planuję też kilka innych mniejszyh rzeczy, a o tym co z tego wyniknie, przeczytacie zapewne na owym blogu, bo od około 2 miesięcy, zacząłem dzielić sie swoim życiem, oczywiście w bardzo ograniczonej ilości, bo nie chcę, by ktoś wiedział o mnie wiele.
I to tyle z tego wpisu, a żeby nie było tak optymistycznie, to powiem że… nie wiem co mam powiedzieć w swoim stylu, bo dzisiejszy dzień mogę zaliczyć do tych dobrych, a dlaczego to tutaj opisywał nie będe.
